20-kilogramowy plecak, a w nim: dobre buty do wędrówki (nie najlepszej firmy, ale takie, które znasz i których jesteś pewny), japonki, ręcznik, który dobrze wchłania wodę, lekki śpiwór, namiot, dwie pary spodni hikingowych, tabletki do oczyszczania wody, kilka podstawowych leków, nożyk szwajcarski, mała latarka-czołówka, podstawowe ubrania i kosmetyki, mydło do prania, jak najskromniejszy telefon, żel antybakteryjny, plastry – przejechane pół świata autostopem i ona – szczupła, piękna blondynka z Reszla – Monika Koniuszek. Mówi się, że tam dom twój, gdzie serce twoje, a jej serce jest na drodze, jej domem jest droga. Monika swoją podróż zaczęła we wczesnym wieku. Najpierw wyjechała do Olsztyna do liceum, później do Wrocławia, następnie na rok do Warszawy na studia, a z Warszawy do Londynu. Od tamtej chwili jest w ciągłej podróży życia. Obecnie dłuższy przystanek zrobiła sobie w Montanicie – niewielkiej miejscowości w Ekwadorze. Jednak już wie, że niedługo się stamtąd wyprowadzi. Jak tu trafiła? Co spotkało ją po drodze? O tym, jak zbudowała ekologiczny hostel i o trudzie życia w turystycznym raju opowiedziała mi podczas rozmowy przez Skype.

Ania Jankiewicz: Kiedy patrzę na Twoje zdjęcia, które publikujesz na Facebooku – mam wrażenie, że mieszkasz w raju. Domyślam się jednak, że ten raj również dużo Was kosztuje…

Monika Koniuszek: Rzeczywiście ten nasz raj kosztuje dużo pracy. Co ciekawe –  jesteś jedną z niewielu osób, które w ten sposób na to patrzą. Większość ludzi tak tego nie odbiera. Wszyscy myślą, że tu jest zielono, słonecznie, luz-blues, spędzanie czasu z gośćmi, plaża, surf i papaje. I oczywiście tak po części jest, ale mamy też wiele trudności, o których czasami wspominam na swojej stronie. Wszystko w życiu ma dwie strony. Perspektywa kogoś, kto wpada tu na 2-3 dni jest zupełnie różna od tego, kto zostaje tu np. na dwa tygodnie, gdyż po takim czasie można już poczuć trochę tutejszego życia. Dla gości nasze codzienne zmagania bywają jedną z atrakcji. Jestem pewna, że po powrocie na przykład do Kalifornii opowiadają sobie, jak widzieli mnie biegającą w nocy w halce, z maczetą, goniąc za krowami, przez błota i chaszcze – to w końcu niecodzienny widok. Albo piszą do mnie z Australii: „Jak tam komary, jak się macie po trzęsieniu ziemi???„. Czytałam ostatnio blog mamy, która przeprowadziła się ze Stanów do Ekwadoru, by wychowywać synów. Pisze o tym, że to była najlepsza decyzja w jej życiu oraz dlaczego warto zrezygnować z pierwszego świata na rzecz trzeciego świata w kwestii wychowania dzieci. Pomyślałam sobie: “czemu ja tego nie napisałam?!”, ale po chwili uświadomiłam sobie, że po prostu bym nie umiała, ponieważ utraciłam perspektywę pierwszego świata, ponieważ już nie pamiętam. Dwa lata temu pojechaliśmy z Ameryki Pd. do Europy i to było dla nas dosłownie egzotyczne doświadczenie. Musiałam się uczyć tego świata na nowo.

Podróżowanie zaczęłaś już w bardzo młodym wieku. Skąd w Tobie taka niepohamowana ciekawość świata i pasja podróżnicza?

Pasja podróżnicza wynika z mojej osobowości. Zawsze byłam bardzo żywym dzieckiem, wszędzie było mnie pełno. Duży wpływ na moją ciekawość świata miała również literatura. Moja mama – z racji tego, że jest polonistką – zawsze dużo mi czytała. Ja również zaczęłam bardzo szybko czytać sama i pochłaniałam jedną książkę za drugą, w tym również podróżnicze, więc moja wyobraźnia była bardzo rozbuchana. Mimo tego, że pochodzimy z małego miasteczka i nie mieliśmy zbyt wielu możliwości finansowych – mama zabierała mnie w „małe” podróże, do swoich przyjaciółek, które mieszkały w różnych częściach Polski, a ja uwielbiałam jeździć pociągiem i zaczepiać pasażerów. Dzięki mamie nauczyłam się też antymaterialistycznego podejścia do życia. Dla niej zawsze ważniejszy był mój rozwój i zdobywanie doświadczeń życiowych, aniżeli posiadanie przedmiotów. Mama bardzo wcześnie pozwoliła na moje wyjazdy na kolonie. A później zaczęły się większe wyjazdy: w góry, do Czech, Słowacji czy Chorwacji. Wtedy największym moim problemem było przekonanie rodziców moich przyjaciółek, żeby też zainwestowali w podróże, a nie w antenę satelitarną, pralkę czy lodówkę.

A więc ten minimalizm i potrzebę bycia, bardziej niż posiadania masz po mamie.

Tu gdzie mieszkam – większość z nas żyje bardzo skromnie i mamy podobną mentalność. Co ciekawe, kiedy przyjechałam do Montanity – mieszkało w niej 43 reprezentantów różnych krajów, a mimo to łączyło nas bardzo wiele. Każdy z nas jest trochę postrzelony, niepasujący do rytmu 9-17. Bardzo mi się rzucało w oczy, gdy pojechaliśmy w odwiedziny do Europy, jak istotne jest dla ludzi posiadanie konkretnej kanapy, czy komputera. My robimy rzeczy z palet i strugamy z bambusów, a ubrań nie kupowałam chyba od 10 lat. Nie mamy auta, telewizora, o szafie możemy tylko pomarzyć… nawet papieru nie spuszczamy w toalecie. To, swoją drogą, był nawyk, który spowodował nam trochę perypetii podczas pobytu w Europie. Jak coś ci już wejdzie w krew, to ciężko się tego oduczyć 🙂

A pamiętasz swoją pierwszą samodzielną podróż?

Moja pierwsza samodzielna podróż to wyprawa nad jezioro w tajemnicy przed mamą. Trzeba było zmyślić niezłą historię, żeby ją oszukać, a cała ta akcja i tak skończyła się wypadkiem i niezłym mantem (nie od mamy ma się rozumieć!). Pierwszego stopa złapałam również w drodze znad jeziora – z Widryn do Reszla, jeszcze za dzieciaka. Zawsze podrzucałam szalone pomysły swoim znajomym. Nigdy nie miałam w sobie lęku, zwłaszcza przed ludźmi. Jestem bardzo otwarta na nowe kontakty, każdego traktuje tak, jakby był moim najserdeczniejszym przyjacielem. Między innymi dlatego goście czują się u nas bardzo komfortowo, jak mawiają – zupełnie jak w domu.

To były takie Twoje małe podróże. Przejdźmy do tych większych.

Od pewnego wieku każde swoje wakacje spędzałam w podróży. Miałam bzika na punkcie żeglarstwa, a więc w ciągu roku pracowałam ile się dało, oszczędzałam każdy grosz, żeby zawsze mieć pieniądze na rejs. Miałam starszych od siebie znajomych, więc pływałam z nimi sama. Najpierw po jeziorach, później zakochałam się w żegludze morskiej. Organizowaliśmy tanie, naprawdę tanie wypady – na rozklekotanych łodziach opływaliśmy Bałtyk, Adriatyk, morze Północne, Baleary, morza otaczające Grecję, Chorwację, nawet Karaiby. Świat zawsze stał otworem. Po pierwszym roku studiów w Warszawie (studiowałam lingwistykę stosowaną) przeprowadziłam się do Londynu, którym się zachwyciłam. Na początku miałam tam jechać na 10 dni do pracy, ale po pierwszym dniu zadzwoniłam do mamy i powiedziałam jej, że już nigdy nie wrócę do Polski. A wynikało to z tego, że na mój przyjazd zrobiono imprezę powitalną, na której poznałam kogoś i się zakochałam. Spontaniczność zawsze była moją silną cechą…

Mimo tego, że Londyn Cię oczarował – nie zostałaś tam na długo…

Tam łatwiej było mi oszczędzać na realizowanie marzeń podróżniczych. Przez 9-10 miesięcy ciężko pracowałam, żeby mieć pieniądze na 2 lub 3-miesięczne podróże. Były one krótsze, z konkretnym terminem powrotu. Ten zawsze był trudny, chociaż w Londynie też trochę czułam się jak w podróży. Studiowałam tam “Russian studies”- studia Rosji z bohemistyką, to drugie ze względu na wielką fascynację literaturą i filmem czeskim. Co roku jeździłam do ukochanych Czech na obozy językowe z „czechofilami” z całego świata. Na 3 roku studiów miałam okazję żyć w Rosji, a potem w Pradze. Na ostatni rok studiów wróciłam do Londynu i dostałam ofertę pracy w Dubaju, której na początku nie chciałam przyjąć. Dubaj – kolebka konsumpcjonizmu i materializmu, nie specjalnie mnie pociągał jako miejsce do życia.

A co to była za praca?

Byłam koordynatorem edukacyjnym. Moim zadaniem było przygotować czwórkę dzieci z zamożnej rodziny do przeprowadzki z Dubaju do Londynu, w tym do zmiany szkoły. Byłam ich prywatnym nauczycielem, koordynowałam zajęcia pozalekcyjne. Miałam sprawić, żeby ukończyli szkołę w Dubaju z najlepszymi ocenami i wynikami z egzaminów, co szczęśliwie nam się udało. Poza pracą oczywiście podróżowałam. Zwiedziłam kawał Bliskiego Wschodu i nie tylko. Jeździłam stopem po Turcji, Gruzji i Abchazji, zafascynowana terenami Środkowej Azji, pojechałam na “stopowanie” do Uzbekistanu, Kirgistanu, Tadżykistanu i Afganistanu. Mieszkając w Emiratach Arabskich, wykorzystywałam każdy moment na jakieś wypady. Dosyć dobrze poznałam Jordanię i Oman, który jest przepięknym i zachwycającym krajem. Do Bahrain pojechałam, żeby udokumentować tamtejszą rewolucję – Arabską Wiosnę. Z tym samym planem ruszyłam na stopa z Izraela do Egiptu. Pod koniec pierwszego roku naszej współpracy rodzina, u której pracowałam zachęcała mnie, żebym została w Dubaju dłużej, jednak wybrałam życie w drodze, podróż w nieznane, na dziko. Objechałam na stopa całą Palestynę, a w końcu osiadłam na jakiś czas pod Syrią i pracowałam charytatywnie w szkole specjalnej z autystycznymi dzieciakami ze wszystkich grup etnicznych Izraela. Następnie wybyłam do Afryki, a po jakimś czasie przeniosłam się do Ameryki Południowej. Nigdzie nie mogłam zagrzać miejsca na dłużej.

Wiedziałaś gdzie nie chcesz być, więc czego szukałaś, będąc w drodze?

Kiedyś myślałam o moich ukochanych Czechach jako miejscu do życia, ale najpierw chciałam się „nachapać świata„. Czego szukałam? Wydaje mi się, że ogólnie, w podróży każdy szuka siebie, może brzmi to szablonowo, ale taka jest prawda. Poza tym, nie czułam w żadnym miejscu takiej kotwicy, która by mnie uziemiła. Zawsze miałam poczucie, że nie było mnie jeszcze w tylu miejscach, skąd mam być więc pewna, że to tu na pewno będzie mi dobrze. Dziś mogę ci powiedzieć, że po 4 latach w Ameryce Pd. już rozważam przeprowadzkę, choć Montanita, Ekwador prawie mnie ujarzmiły, w końcu kupiłam tu dom, stworzyłam biznes i urodziłam dziecko.

Dużo mówisz o otwartości na świat, która ułatwiła Ci zobaczenie tych wszystkich pięknych miejsc na Ziemi i poznanie wielu inspirujących i ciekawych ludzi. Jednak Twoje podróże nie zawsze obfitowały tylko w pozytywne doświadczenia…

Gdy czasem wspominam to, co wyprawiałam… To rzeczywiście graniczy z cudem, że jestem w jednym kawałku. Szczególnie teraz, gdy zostałam matką, dużo o tym myślę. Mogę sobie tylko wyobrazić, co to będzie, jeśli córka odziedziczy moje zapędy, a z tego co widzę – jest to bardzo możliwe. Jeszcze jako nastolatka tonęłam w środku nocy w porcie w Walencji, miałam całą masę wypadków, byłam hospitalizowana w wielu miejscach na świecie – od Meksyku po Tadżykistan. Przeżyłam ogrom ekstremalnych sytuacji – w górach, podczas samotnych wypraw, na pustyniach, sam na sam z bojówkami na Synaju, w Afganistanie na stopa, uciekając z bezradnymi kobietami w kłębach gazu łzawiącego podczas Arabskiej Wiosny, w Kairze przejechano mi stopę, mój roczny bój o wizę do Jemenu w Abu Dhabi, problemy wszelkiej maści na Mauritiusie, groźby porwania w Abchazji, deportację w środku nocy na Białorusi, sytuację podbramkową z pijanymi gangsterami na Krymie, brak dostępu do środków pieniężnych w co drugim odwiedzonym kraju… I naprawdę wiele, wiele innych. Suma summarum jestem dziś cała. Miałam przeogromne szczęście, które wynikało z mojego  głębokiego przekonania, że nic mi się nie stanie. Wiedziałam, że wszystko będzie ok, po prostu nie brałam pod uwagę, że może być inaczej. Nie dopuszczałam nawet do świadomości, że ktoś może mnie skrzywdzić. Wiele osób mnie pytało: „Jak to? Ty się nie boisz spać pod gołym niebem między Beduinami poznanymi na pustynnej drodze? Nie boisz się przemierzyć dżunglę? Przejechać Brazylię na stopa? Jesteś taka dzielna”. Nie – odpowiadałam – żadna to odwaga, gdy człowiek po prostu się nie boi. To styl życia, może jakiś dziwny nałóg. Ja nie wychodziłam ze strefy komfortu – dla mnie to podróż i jedna wielka niewiadoma nią były.

…czyli niebezpieczeństwo?

​Może i niebezpieczeństwo, ale bardziej ciekawość, żywioł. Wolałam podróżować sama, gdyż wtedy miałam 100%-ową wolność i niezależność. Z drugiej strony, miałam też wszystko (i nic!) pod kontrolą i byłam czujna. Raz jeden straciłam tę czujność i okradziono mnie wówczas ze wszystkiego, co miałam ze sobą – 4 tys. dolarów i paszport w jednym ułamku sekundy zniknęły. Jestem pewna, że stało się tak dlatego, iż na moment straciłam swoje przekonanie, że „wszystko będzie w porządku”. Chwilę przed tym, jak mnie okradli powiedziałam nawet na głos przy ludziach: „Wow! Jakby mi tak to wszystko ukradli – byłoby fatalnie, ale jakby ktoś mi buchnął paszport z tymi wszystkim pieczątkami z magicznych krajów, które trzymam dla wnuków, to po prostu bym się powiesiła„. Wyszłam z hostelu i w ciągu 2 minut nie miałam już nic. Ponadto problemy zdrowotne, ze względu na intensywność podróży i niski budżet – towarzyszyły mi dosłownie wszędzie. Nawet Montanita przywitała mnie zwichnięciem kostki i okrutnym zatruciem. Drugi dzień po przyjeździe na stopa w środku nocy spędziłam – kuśtykając po szpitalach.

Mimo bolesnego początku – to w Montanicie jak do tej pory zostałaś najdłużej. Co sprawiło, że to miejsce Cię zatrzymało?

Zanim trafiłam do Montanity, objechałam Amerykę Południową od stóp do głów. Częściowo z moją przyjaciółką Mają, backpakersko (hostele, podróże autobusem), a częściowo sama – po mojemu, czyli niski budżet (na dzień max. 3 dolary), autostop, spanie przez couch surfing lub u ludzi poznanych na drodze. Po paru miesiącach spędzonych razem, rozstałyśmy się z Mają w Urugwaju, skąd po-stopowałam dalej do Brazylii. Po jakimś czasie dojechałam do Rio de Janeiro, gdzie poznałam mojego partnera. Na początku bardzo broniłam się przed tą miłością, dlatego, że już wcześniej zdarzało mi się, iż uczucie krzyżowało moje plany podróżnicze. Zakochałam się po uszy w Danielu, brazylisjkim muzyku, inżynierze i nauczycielu angielskiego, i w Rio de Janeiro. Mimo skrajnego wyczerpania, ciężkiej pracy fizycznej podjętej w Rio w ramach prób podreperowania budżetu i 6 wizyt na pogotowiu brazylijskim w ciągu zaledwie miesiąca, czułam ogromną potrzebę kontynuowania podróży. Wybyłam do serca Amazonii, czyli Manaus i stamtąd łódkami przez 2,5 tygodnia podróżowałam do Peru. Tam połączyłam swoje siły ze wspaniałą podróżniczką z Kętrzyna i razem autostopem dojechałyśmy do Montanity. Naszym planem było kupić motory i tanim kosztem przejechać Ekwador, Kolumbię i Wenezuelę i – w moim przypadku – wrócić w którymś momencie do Rio. Natomiast tak nas uziemiła i rozleniwiła Montanita, że nie byłyśmy w stanie wyruszyć na żadną wycieczkę. Mijały kolejne tygodnie i w końcu zamiast się oszukiwać, że “jutro wracam w drogę” – uznałam, że lepiej już rozejrzeć się za czymś tutaj i osadzić. Miałam już w głowie genialny plan. Pomyślałam sobie, że skoro ja jestem taka sprytna i minimalistyczna, a Daniel zaradny – to wybudujemy sobie z bambusów chatkę i będziemy tu żyć bardzo prosto i powoli. To ta wizja i możliwość jej realizacji w końcu mnie urzekły. Oznajmiłam Danielowi, że nie wracam do Brazylii (choć ją uwielbiam), więc on przyjechał do mnie. W końcu, w listopadzie 2014 roku osiedliliśmy się tutaj.

A z bambusowej chatki powstał hostel „El Cielo Montanita”. Jak do tego doszło?

Dom, który kupiliśmy był w bardzo opłakanym stanie. Mieliśmy pomysł, żeby go doprowadzić do porządku i przyjmować ludzi przez Airbnb i od tego zaczęliśmy. Kiedy wieści zaczęły się o nas roznosić, to stopniowo przyjeżdżało do nas więcej i więcej podróżników w poszukiwaniu taniego łóżka indywidualnego w pokoju dzielonym, którego nie mieliśmy. Przerobiliśmy więc pomieszczenia, zbudowaliśmy łóżka z bambusów i stworzyliśmy coś na kształt pensjonatu. W recenzjach, które pisali nam ludzie – ciągle wychwalali HOSTEL El Cielo, stąd też nasz pensjonat stał się samozwańczym hostelem.

A więc śpi się u Was na bambusowych łóżkach, a jakie smakołyki serwujecie swoim gościom?

Codziennie przyrządzamy gościom śniadania, do których używamy naszych własnych owoców z ogródka, czyli organiczne papaje i marakuje, pyszną brazylijską kawę, którą przyrządza Daniel, tosty, jajka oraz świeżą sałatkę owocową z lokalnych owoców dostarczanych przez ekologicznych farmerów z okolicy. Na obiady ludzie wychodzą na miasto. Marzyło mi się robić kolacje, ale od kiedy mamy dziecko – jest to po prostu fizycznie awykonalne. Oferujemy za to gościom wielką, własnoręcznie sporządzoną listę rekomendacji kulinarnych w Montanicie i okolicy, taką mapę montanickich rozkoszy kulinarnych.

Już wiem, że macie swoje organiczne owoce. A jakie ekologiczne rozwiązania wprowadziliście w swoim hostelu?

Cała konstrukcja hostelu jest bambusowa – to nie tylko ekologiczne rozwiązanie, ale również bezpieczne, o czym mogliśmy się przekonać podczas trzęsienia ziemi. Daniel zbudował cały system do zagospodarowywania wody deszczowej, która uratowała nas i biznes, kiedy przez parę lat męczyła nas susza i nie było wody z wodociągów. W Montanicie nie ma segregacji śmieci, ale my mamy swój kompost, którego używamy do naszych plantacji. Daniel oddzielnie zbiera też plastik i potem oddaje go biednym ludziom do sprzedania. Mamy manga, papaje, marakuje, róże, pomidory, bazylię, miętę, różne zioła, aloes (świetny na poparzenia dla tych, co nadużywają słońca). Nie używamy żadnych antypestycydów – wszystko, co mamy jest organiczne. Każdą kroplę wody zbieramy i wykorzystujemy. Woda z prania idzie na umycie całej posesji, bo codziennie musimy wszystko pucować i dezynfekować – porządek jest u nas jak w najczystszym polskim domu, mimo klimatu i nawału gości – o to osobiście codziennie dbam ja. Zaadoptowaliśmy też 4 zwierzaki – dwa psy i dwa koty. Jesteśmy otwarci na wszystkie zwierzątka, a w szczególności lubimy żaby zjadające okrutne komary, jaszczurki śpiewają nam arie, są też gigantyczne śpiewające świerszcze. Koty pełnią swoją funkcję łowczą, dzięki nim nie mamy żadnych myszy, szczurów, ani karaluchów – mojej największej zgrozy. W pokojach posiadamy ekologiczne dekoracje, ręcznie przez nas robione. Nawiązują one do charakteru pokoju, w którym się znajdują. W pokojach są meble, które sama zaprojektowałam, a wykonaliśmy z bambusa. Tak jak wspomniałam wcześniej – nie kupujemy właściwie ubrań. Po prostu przerabiamy te, co mamy lub korzystamy z tych, co zostawili podróżni. Wszystkie pieniądze inwestujemy w rozwój hostelu. W planach mamy jego rozbudowę z kolejnymi ekologicznymi rozwiązaniami.

Przyjazną atmosferą, komfortem, pysznym i zdrowym śniadaniem…Czym jeszcze można zachęcić podróżników do odwiedzenia El Cielo?

Montanita jest najsłynniejszą wioską turystyczną w Ekwadorze, jest kultowym miejscem do uprawiania surfu oraz innych sportów wodnych. Mój Daniel również uczy surfu naszych gości. Organizujemy też lekcje hiszpańskiego. Ludzie uprawiają u nas jogę i medytacje – mamy do tego doskonałe warunki – ciszę, spokój i kojąco-inspirującą zieleń. Z drugiej strony, Montanita to również świetne miejsce dla tych, którzy lubią imprezować. Jest tu jeden z najsłynniejszych klubów elektronicznych na świecie. Poza tym w Montanicie jest mnóstwo barów, miejsc z muzyką na żywo, restauracji z jedzeniem z całego świata. Mieszkańcy są bardzo przyjacielsko nastawieni. Nasz hostel leży 8 minut od plaży w jedną stronę, a gdy masz dość plaży to idziesz w drugą stronę i dochodzisz do lasu tropikalnego, a tam także mamy kilka punktów widokowych, z których można podziwiać piękno Montanity i całego wybrzeża. Organizujemy również gościom wycieczki – obserwacje wielorybów, zwiedzanie Galapagos, ze zniżkami (dzięki moim znajomościom), organizujemy zajęcia z nurkowania, skoki ze spadochronu, loty na paralotni. Radzimy też jak najlepiej zaplanować podróż indywidualną, żeby poznać okolice, w której mieszkamy. Ja, ze względu na bagaż doświadczeń, doradzam nawet w podróżach po innych kontynentach. Jest więc wiele atrakcji, ale zdarza się, że mamy gości, którzy przez 3 tygodnie nie robią absolutnie nic, bujają się w hamakach, gawędzą z nami, grają w karty, popijają rum, który pędzą nasi przyjaciele z Rosji. Mamy bardzo dobre połączenie z internetem, więc często zatrzymują się w El Cielo tak zwani wokring nomads – pracujący nomadzi.

Na co powinni się przygotować turyści odwiedzający Wasz region? Wspominałaś o suszy, czy jeszcze z jakimiś trudnościami musicie sobie radzić?

Robimy co w naszej mocy, żeby naszym gościom zapewnić najwyższy europejski standard w tropikalnych warunkach i przy braku podstawowej infrastruktury. Zdarzają się naprawdę trudne momenty – jak nie susza – to ogromne ulewy. Ostatnio, po raz pierwszy od lat lało przez dłuższy czas. Nasze drogi zamieniły się w bagna i musieliśmy własnoręcznie tworzyć ścieżki z patyków i kamieni. My, odwiecznie bosonodzy, musieliśmy uwdziać farmerskie gumaki. To ma również wpływ na pobyt gości, bo wtedy są u nas krócej. Chociaż niektórym to nie przeszkadza, szczególnie tym zmęczonym ułożonym życiem na Zachodzie – nasze trudności wydają się wielką atrakcją, a pokonywanie ich – powodem do dumy i pięknymi wspomnieniami po powrocie do ich korporacji i biur. Są też tacy turyści, którzy przyjeżdżają do nas popracować i zostają na miesiąc, bądź dłużej. Kilka godzin dziennie siedzą przed laptopem, pracując w hamaku, a później korzystają z dostępnych atrakcji. Jak pada to oglądają Netflix, grają w Nintendo, Scrabble, Monopoly, bawią się z naszym zwierzyńcem, z Lelą… Mamy takie zadaszone patio – miejsce na relaks, gdzie umieściliśmy hamaki, leżaki oraz ogólnodostępny komputer. Posiadamy też wielki taras z pięknym widokiem papajowego morza, biblioteką, miejscem do jogi i bujawkami. Mimo różnych trudności goście nigdy nie narzekają. Mają świadomość, że jest to Ameryka Południowa oraz widzą, że my robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby ich pobyt był udany.

Trochę mi to przypomina naszą polską gościnność… Tęsknisz czasami?

Z ojczyzny najbardziej brakuje mi śledzi. W niektórych krajach były one dostępne, ale w Ameryce Południowej nie ma opcji, żeby je zdobyć. Jestem wielką fanką polskiej kuchni. Co ciekawe, im więcej podróżowałam i im więcej kulinarnych wrażeń doświadczałam, tym bardziej nabierałam przekonania, że nasza kuchnia jest niesamowita. Ludzie mówią, że jest tłusta, ciężka i niezdrowa, ale jest fenomenalna! Jesteśmy bardzo kreatywni, z tak prostych składników, jak marchewka, kapusta i ziemniak – jesteśmy w stanie tworzyć cuda. Jesteśmy otoczeni sąsiadami, którzy mają identyczne zbiory, a zupełnie inny sposób ich użycia. Wielu gości, którzy nas odwiedzają i znają Polskę – są nią zachwyceni – wychwalają potrawy, ludzi, gościnność i…alkohole. Kiedy podróżuje po innych krajach, pytam mieszkańców o ich lokalne dania i wymieniają ich dosłownie kilka. Wówczas od razu przypomina mi się słynna książka kucharska Kuchnia Polska z tysiącem stron polskich dań. Zawsze miałam też sentyment do tego magicznego, niewysłowionego zapachu ciepłego, polskiego, letniego wieczora, szczególnie u nas na Warmii i Mazurach. Ten zapach lasów, łąk i jezior to coś niesamowitego. Tak, tego śledzia i najwspanialszych przyjaciół pod słońcem brakuje mi najbardziej.

Dwa lata temu zapraszałam Cię na spotkanie z maturzystami, w ramach projektu „Małe miasto, wielka przyszłość”. Zaproszeni goście pochodzili, tak jak Ty z małych miasteczek, a odnosili sukcesy w życiu. Gdybyś mogła pojawić się na tym spotkaniu, to co byś im powiedziała?

Powiedziałabym im, aby zawsze szli swoją drogą. Nie poddawali się trudnościom, ale przyjmowali je jako dary, które kształtują nas, jako ludzi, z czasem coraz lepszych ludzi. Niech zapomną o rutynie i komforcie, jeśli naprawdę chcą żyć pełnią życia. Niech pamiętają, że świat, a nie mieszkanie, osiedle, czy miasto jest naszym domem, naszym wspólnym domem. Niech zapomną o podziałach rasowych, religijnych, politycznych. Świat, tak jak nam to tłumaczyli w bajkach, dzieli się na dobrych i złych ludzi i nie ma w tym podziale najmniejszego znaczenia kolor skóry, orientacja seksualna czy gust. Nie jestem ideałem, ale jestem dumna z tego, że nie noszę w sercu nienawiści, szczególnie do tego, co mi obce. Te – poznaję i szanuję, nawet gdy ciężko mi to przychodzi. Moim szczytem marzeń (i życzę tego wszystkim), jest żyć w stu procentach według zasady “żyj i pozwól żyć”. Gdyby każdy z nas skupił się na doskonaleniu rozwoju wewnętrznego, a patrząc na drugiego człowieka, postrzegałby go przez pryzmat życzliwości, na przykład myśląc “jak mogę pomóc”, to świat byłby utopijnym rajem. Widzę i bardzo mnie to boli, że na świecie za dużo energii pochłania ludziom analizowanie życia innych i porównywanie się z innymi, co z kolei napędza chciwość i konsumpcjonizm. My tu – z wyboru – żyjemy bardzo skromnie i moi znajomi z Europy, ci, którzy są szczęśliwi – też tak żyją, bez parcia na to, żeby posiadać, a skupiając się na tym, żeby być, tworzyć i żyć w zgodzie ze sobą, innymi i przyrodą. Tak staramy się żyć w naszej społeczności, w Montanicie.

Dziękuję za rozmowę.