Wiosna wybuchła z całych sił i mimo wciąż jeszcze niskich temperatur, czujemy już zapach różnorodnych kwiatów i rozkoszujemy się widokiem kwitnących drzew i krzewów, a także śpiewem ptaków. Do pełni szczęścia brakuje już tylko smaku pierwszych wiosennych warzyw, czyli nowalijek. Przełom kwietnia i maja to czas, kiedy wyposzczeni po zimie, z ogromną chęcią sięgamy po świeżą rzodkiewkę, szczypiorek, ogórka i sałatę.

Czy jednak hodowane w sztucznych warunkach warzywa są zdrowe, czy może trujące? Czy posiadają jakiekolwiek wartości odżywcze? Jeść, czy nie jeść nowalijki?

Uzasadniony jest fakt, że po wielu miesiącach mrozów nasz organizm wprost prosi się o witaminy i minerały. Dostępne w sklepach pierwsze warzywa kuszą kolorem, zapachem i rozmiarami. Jednakże te nowalijki pochodzą ze szklarni, w których hodowla różni się od tej domowej, naturalnej. W ogromnych szklarniach panuje całoroczne lato – sztuczne oświetlenie, wilgotne powietrze i sprzyjająca temperatura. Warzywa nie rosną w normalnej ziemi, lecz w specjalnej mieszance torfu, ziemi liściowej, wzbogaconych o nawozy i mikroelementy. Tak hodowane rośliny nigdy nie zaznają przymrozków i ataku szkodników. Stąd też ich imponujący rozmiar i kolor, a także dostępność w sklepach kilka miesięcy wcześniej niż warzywa hodowane gruntowo. To w kwestii zalet…

Oczywiście, hodowla w szklarni posiada też swoje minusy. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że nowalijki szklarniowe mają mniej witaminy C i bioflawonoidów z racji tego, że brak im dostatecznej ilości światła słonecznego, co w konsekwencji wpływa na smak warzyw. Mają one mniej cukrów i walorów smakowych oraz substancji zapachowych. Kolejnym i chyba najgorszym minusem wczesnych szklarniowych warzyw jest ich sztuczne nawożenie. Nowalijki nawożone są związkami azotu. Niestety przyswajają ich tyle, ile się im dostarcza, czyli o wiele za dużo. Azotany kumulują się głównie w korzeniach i zewnętrznych partiach roślin, a więc najwięcej jest ich w rzodkiewkach, sałacie i marchewkach. Azotany przeobrażają się w naszych organizmach w azotyny, które następnie przechodzą w nitrozaminy, a te są z kolei rakotwórcze. Mogą powodować zatrucia, a w najgorszym przypadku nowotwory. Co gorsza – nie jesteśmy w stanie rozpoznać, czy warzywa przez nas kupione mają w sobie za dużo związków azotu. Najlepszym rozwiązaniem jest zatem zakup nowalijek u sprawdzonych, zaufanych rolników lub u ekologicznych sprzedawców, choć te ostatnie dostać trudno i są o wiele droższe.

Pytanie jest więc wciąż aktualne: jeść, czy nie jeść? Najrozsądniejszym rozwiązaniem będzie umiarkowane spożywanie nowalijek powszechnie dostępnych. Kilka rzodkiewek, ogórków i liści sałaty w tygodniu na pewno nam nie zaszkodzi. Najlepiej jednak posadzić własne, w ogródku lub jeśli go nie mamy – na balkonie. Wtedy będziemy pewni, że są zdrowe i możemy jeść je bez strachu.

JEŚLI PODOBAŁ CI SIĘ ARTYKUŁ, PODZIEL SIĘ NIM KLIKAJĄC LUBIĘ TO LUB UDOSTĘPNIJ.