Coraz częściej zdarza mi się, iż podczas przeglądania Facebooka, Instagrama lub nazwijmy to szerzej – w trakcie tzw. serfowania po necie – spotykam się ze zjawiskiem „modnego słowa”. Konkretniej rzecz ujmując, jakieś słowo staje się ogromnie popularne, wszyscy go używają, czasem wręcz (w moim odczuciu) nadmiernie, a po pewnym czasie umiera ono śmiercią naturalną. W okresie świątecznym głowiłam się nad znaczeniem „hygge” (jeżeli kogoś nadal nurtuje, co oznacza – zapraszam do przeczytania: Hygge – co to jest?).

Ostatnio wszędzie pojawia się flexitarianizm, lub też fleksitarianizm. Jako wegetarianka staram się zwracać uwagę na wszelkie „nizmy” i z ciekawością poznaję nowe odmiany diety bezmięsnej, dlatego też zaintrygowana – wpisałam ów wyraz w wyszukiwarkę.

Fleksitarianizm – definicja

Nazwa fleksitarianizm wywodzi się od 2 angielskich słów – flexible (elastyczny) oraz vegetarianism, co w połączeniu daje elastyczny wegetarianizm.
W praktyce ta, jakże pompatyczna, nazwa oznacza po prostu „sposób odżywiania bazujący na warzywach i owocach, dopuszczający jednak od czasu do czasu jedzenie mięsa i ryb” (wrrr… bo ryby to nie mięso?).

Kotlet tylko w niedzielę

Mój znajomy próbował niegdyś diety wegetariańskiej. Kilka dni nie jadł mięsa, a gdy przyszła niedziela, a wraz z nią rodzinny obiad u babci – biedak zmuszony był zjeść kotleta z ziemniaczkami i surówką. Niewzruszony, stwierdził po posiłku, że nadal jest wegetarianinem, tylko… poza niedzielami.

Moim zdaniem fleksitarianizm jest właśnie takim kotletem w niedzielę, czyli po prostu zbilansowaną dietą, opierającą się na założeniach piramidy żywieniowej, według której spożycie mięsa powinno się ograniczyć do ok. 3-4 razy w miesiącu, jego miejsce zastępując warzywami. Nie jest to nic nowego, nic odkrywczego, a słowo zdaje się najzwyczajniej „nadmuchane” przez media.

Brzytwa Ockhama

W ekonomii stosowana jest zasada zwana Brzytwą Ockhama. Polega ona dążeniu do prostoty w wyjaśnianiu zjawisk. Najbardziej znane sformułowanie Brzytwy Ockhama brzmi: „Nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę”. Nawiązując przy tym do fleksitarianizmu – nie wprowadzałabym niepotrzebnie nowego pojęcia, nie ma ku temu potrzeby, a najprostszym i najlepszym rozwiązaniem będzie pozostanie przy znanym wszystkim określeniu „zbilansowana dieta”.

Stanowczo nie zachęcam fleksitarian do posługiwania się tą nazwą, zwłaszcza w obecności wegan i wegetarian, jeśli nie chcą narazić się na szydercze komentarze. Moim zdaniem pomysł takiego nazewnictwa jest po prostu śmieszny, choć za radykała w zupełności się nie uważam.
Co sądzicie o fleksitarianizmie? Z chęcią poznam Wasze opinie!
Źródła: wiedza własna, poradnikzdrowie.pl.